zapiski z pracowni

Nóż jako sztuka użytkowa

Wyobraź sobie bogato zdobiony nóż myśliwski. Misterne zdobienia mogą powodować, że nóż jest niewygodny w dłoni. Złocenia z kolei mogą się wycierać, kamienie szlachetne wypadać, a sam grawerunek może być tak delikatny, że z czasem się zetrze. Wiele osób zastanawia się, czy taki nóż nadaje się do lasu. Z drugiej strony, widujemy elegancko ubranych myśliwych noszących przy pasku nóż roboczy z plastikową rękojeścią i w plastikowej pochewce. Takie połączenie od razu kłuje w oczy, jest jak znoszone buty zestawione z drogim garniturem. Czy zatem nóż myśliwski może z powodzeniem wypełniać rolę przedmiotu z pogranicza funkcjonalności i sztuki?

Między dwoma mistrzami

Gdy zaczynałem swoją przygodę z nożownictwem, naturalnym punktem odniesienia był dla mnie Bob Loveless. To on ukształtował nowoczesne nożownictwo, stworzył drop-point huntera, wyznaczył standardy, które obowiązują do dziś. Ale Loveless był przede wszystkim rzemieślnikiem z własną filozofią i twardymi zasadami. Drażniło go, gdy jego noże trafiały do kolekcjonerów zamiast do myśliwych. Nie interesowały go też zdobienia. Powiedział kiedyś wprost:
BOB LOVELESS
„Noże to narzędzia i robię je po to, żeby były używane. Krew mnie zalewa, gdy lądują w aksamitnych pudełkach.”

W późniejszym okresie mojej działalności jako knifemakera, ogromny wpływ zaczął wywierać na mnie Alan Lovenberg. Alan to jeden z najbardziej znanych grawerów broni myśliwskiej na świecie, u którego mam zaszczyt się uczyć. Jego prace zawsze robią na mnie niesamowite wrażenie. Zdobi najbardziej ekskluzywne bronie myśliwskie świata, wykonuje grawerunki dla najbardziej wymagających kolekcjonerów. Ma własny, rozpoznawalny styl. Broń z grawerunkiem, który wyszedł spod jego rąk często jest tak bogato zdobiona, że właściwie staje się dziełem sztuki. Oczywiście można z niej strzelać (bo wciąż jest to broń w pełni funkcjonalna), ale on sam mówi, że to nie jest broń na polowania.

Jak widać mamy tutaj dwa zupełnie odmienne podejścia. Na jednym biegunie stoi Mistrz Loveless, rzemieślnik z krwi i kości. Na drugim jest Mistrz Lovenberg, oddany sztuce artysta. Gdzieś pośrodku tego świata szukam miejsca także dla siebie. Od dawna zastanawiam się, czy można znaleźć równowagę między pięknem a funkcjonalnością.

Fot.1. Świat Boba Loveless’a najlepiej opisują słowa: minimalizm i użyteczność.

Własna droga

Przez jakiś czas podążałem drogą Lovelessa. Czułem się w niej naturalnie. Uczyłem się szybko, rzemiosło przychodziło mi łatwo. Robiłem noże myśliwskie, dobre narzędzia, solidne, przemyślane. I byłem z tego zadowolony. Ale w pewnym momencie coś zaczęło się we mnie odzywać. Artystyczna natura, która domagała się czegoś więcej. Nie wiedziałem jeszcze czego dokładnie, rozumiałem jednak, że czysta użyteczność mi nie wystarcza. Że chcę moim nożom dać coś więcej od siebie.

Nigdy w życiu nie myślałem, że zajmę się grawerowaniem. W mojej głowie było to coś nieosiągalnego. Zawsze bardzo mi się podobała zdobiona broń, mam nawet jeden egzemplarz od ojca. Ale żeby zrobić coś takiego samemu, własnymi rękoma? I to w stali? Okazało się, że można, nawet w wieku prawie 50 lat. Wziąłem się do roboty, nauczyłem się. Do poziomu mojego mistrza Lovenberga będzie mi ciężko się dostać, ale z drugiej strony też nie mam takich aspiracji. Nie planuję grawerować broni za setki tysięcy dolarów. Chcę tylko zostać mistrzem w jednej wąskiej dziedzinie, w grawerowaniu moich własnych noży.

I tak na połączeniu dwóch światów, gdzie spotykają się artyści z rzemieślnikami, powstał projekt noża myśliwskiego Ratel. Udało mi się stworzyć solidny nóż do pracy, wygodny, ostry, nierdzewny, bezpieczny i jednocześnie zdobiony grawerunkami, na poziomie tych, które widuję na swojej dubeltówce i na broniach aktywnie polujących kolegów myśliwych. Nóż uniwersalny, który odnajdzie się w każdej sytuacji.

ręcznie robiony nóż na kowadle
Fot.2. Nóż myśliwski Ratel łączy w sobie cechy dzieła sztuki i przedmiotu użytkowego.

Trzy elementy tworzą całość

W moim rzemiośle nóż nie może istnieć bez pochwy. Początkowo robiłem zwykłe pochwy. Były dobre, ale… nie idealne. W pewnym jednak momencie przestały pasować do eleganckich noży z grawerunkami. Nóż stawał się coraz piękniejszy, a pochwa za nim nie nadążała. Przyszedł moment kolejnych zmian. Musiałem zaprojektować ją od nowa. Po wielu próbach w końcu znalazłem rozwiązanie, które mnie zadowoliło. Wkrótce pojawiła się kolejna zagwozdka. Piękny nóż, godna go pochwa, a do tego kartonowe pudełko? Nie do pomyślenia. Pudełko też musi robić wrażenie. Musi pasować do reszty. Poszukiwania trwały bardzo długo, ale się udały. Powstała piękna drewniana szkatułka, w której Ratel z pochwą doskonale się prezentują. Wspomniałem w tym miejscu o pochwie i pudełku, dwóch najważniejszych towarzyszach noża. Wspólnie te trzy elementy tworzą spójną całość. Drewniane pudełko, które jest pierwszym wrażeniem nowego właściciela. Pochwa, ręcznie szyta, idealnie dopasowana, trwała i bezpieczna. I wreszcie nóż, czyli serce całości. Te trzy rzeczy tworzą moje małe dzieło sztuki użytkowej.
Fot.3. Świat Boba Loveless’a najlepiej opisują słowa: minimalizm i użyteczność.

Fragment historii

Mam w domu duży stół z litego drewna, który jest w naszej rodzinie od dość dawna. Na pierwszy rzut oka nic takiego, przeciętny mebel, noszący ślady zużycia. Ale dla naszej rodziny to coś zupełnie innego.

Kiedy moja młodsza córka miała kilka latek i wzrostem była niewiele wyższa od tego właśnie stołu, w akcie dramatu i rozpaczy postanowiła pokazać nam jak bardzo jest wściekła i zaczęła gryźć jego krawędź własnymi zębami, pozostawiając głębokie dziury. Gdybym nie widział tego na własne oczy, pomyślałbym, że to robota naszego psa. Zrobiła to tak szybko, że nikt nie zdołał zareagować. Stół był wtedy od niedawna w naszym domu i poczuliśmy z żoną pewien żal z powodu zniszczonej nowej rzeczy. Kilka lat później przeprowadzaliśmy się i żona powiedziała, że to może jest dobry moment na wymianę tego „zniszczonego” stołu na nowy. W pierwszej chwili przyznałem jej rację, ale z czasem zaczynało docierać do mnie, że jednak bym wolał, żeby ten stół został z nami, nawet jeżeli nie będzie pasował do wystroju nowego domu. Żonę przekonał jednak mój argument: „Te ząbki to ślad po naszej córce. Nie chcę się z nim rozstawać…”. Do dziś jemy przy nim posiłki. Czasem wspominamy, jak to było, gdy córki były małe. Ten stół ma w sobie coś niepodrabialnego. Jest elementem naszej rodzinnej historii. I tak samo jest z nożem.

Pierwsza rysa

Pierwsza rysa na ostrzu to bardziej inicjacja niż uszkodzenie. Moment, w którym nóż przestaje być przedmiotem, a staje się towarzyszem. Drewno rękojeści będzie ciemnieć z czasem od promieni słonecznych i potu właściciela. Pochwa zmoczona deszczem lub poranną rosą z czasem nabierze głębszego charakteru. Pudełko czeka w domu na powrót swoich mieszkańców. Nóż, który leży w aksamitnym pudełku, prezentuje się świetnie. Ale to nóż, który był towarzyszem na niejednym polowaniu, który pomagał patroszyć i skórować dziki, jelenie, sarny, pomagał w przygotowywaniu potraw z dziczyzny, był przy wielu ogniskach, ma coś, czego tamten nie ma i mieć nie będzie. Taki nóż przenosi historię. Jednak prawda jest taka, że bez względu na to, co myśli rzemieślnik czy artysta, jak sobie wyobraża dalsze losy jego twórczości, właściciel i tak zrobi ze swoją własnością co będzie chciał. Na ironię, noże Lovelessa są w dużej części w rękach kolekcjonerów, osiągając bajońskie sumy na aukcjach, pomimo że on bardzo tego nie chciał. Wiem, że nie mam na to wpływu, ale gdy oddaję gotowy nóż w ręce właściciela, mam jednak cichą nadzieję, że zabierze go kiedyś do lasu, że wróci z pierwszą rysą na wypolerowanym ostrzu. Że koledzy pozazdroszczą mu, gdy zacznie nim kroić kawałek kiełbasy z dzika. I że kiedyś, trzymając go w dłoni, poczuje (może nieświadomie), że to nie jest zwykły przedmiot.
Dziękuję, że spędziłeś ze mną czas.
Hubert Zdunek